<title_newspaper=Przekrj> 
<title_article=Pierwsze kroki> 
<author_1=Stanisaw Wygodzki>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1952">
<month="1">
<date=1952-01-27>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Naczelnik w wydziale w wojewdztwie, Gola, usadowi si wygodniej w fotelu. Wycign przed siebie rozwart do, pokaza j ludziom siedzcym naprzeciwko i powiedzia:
 Tu mi wosy wyrosn, zanim wy uruchomicie fabryk.
To, co miao by drwin, a moe dowcipem, okrelajcym jednak dosadnie beznadziejno sytuacji, uderzyo zebranych bolenie. Trzej ludzie, dla ktrych powiedzonko Goli byo wyrokiem, spojrzeli na siebie w milczeniu. Salak, i tak niezwykle blady, poblad jeszcze bardziej, za na czole Galewicza ukazaa si czerwona prga. Tumili w sobie si gniew i uniesienie. Bo do kogo jeszcze naley pj w sprawie uruchomienia fabryki? Kto im moe pomc, jeeli nie wydzia przemysowy wojewdztwa?
Gola wsta. Uwaa rozmow za skoczon. Tamci jeszcze siedzieli milczcy.
 No, powiedzcie sami!  Gola zwrci si do zebranych.  Pomylcie sami: cynk macie? Nie macie cynku. Koks macie? Nie macie. Odbiorcw macie? Nie ma ich, bo wszystko ley. Nie ma ani przemysu, ani handlu. Koniec, kropka.
Wwczas wsta Salak. Jednym tchem gniewnie powiedzia:
 To po co wy tu siedzicie? Po co, pytam si? Po to, eby ludzi odprawia z kwitkiem? Po co  podnis gos  po co was tu trzymaj? Krztusi si. To nie tyle grulica zatykaa mu dech, to gniew znieksztaca sowa. Galewicz i Marciniak take wstali.  Uruchomimy! Powiadam wam, e uruchomimy. To mnie tu  wycign do  tu mi wosy wyrosn, jeeli nie uruchomimy. Zobaczymy! Przekonajmy si! Przekonajmy si! 
Stali na rozlegym placu przed wojewdztwem, zgarbieni, zzibnici. Mijali ich jacy ludzie i znikali za olbrzymimi drzwiami gmachu. Inni wychodzc rozgldali si uwanie, jakby si namylali, ktry kierunek obra.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>